Swego nie znacie
Brama do innego świata
W ostatnim naszym spotkaniu z cyklu Swego nie znacie zabiorę Państwa na wschodnią granicę kraju. To nie żart, bowiem schludna dziś wioska niczym nie przypomina granicznego przejścia pomiędzy dwoma imperiami. Koszary legły w gruzach, po Urzędzie Celnym nie ma śladu i tylko drewniane figury wartowników pilnujących zawsze otwartych szlabanów przypominają, że Borzykowo graniczyło kiedyś z Rosją.
Mała wioska wielkich ludzi
Historia Mystek, niewielkiej wioski przycupniętej nieopodal Targowej Górki i silnie powiązanej z większą sąsiadką zarówno w przeszłości, jak i teraz nie jest interesująca. Zajmujące są natomiast losy ludzi władających wsią oraz ich gości – postaci nietuzinkowych, o których warto pisać i warto pamiętać. Dziś opowiem o dwóch z nich, powstańcu listopadowym Karolu Karśnickim i włoskim kompozytorze Arrigo Boito.
Niespotykanie spokojne miejsce
Kołaczkowo to wieś, przez którą się przejeżdża, którą się mija w drodze do Kalisza, do Pyzdr, do Wrześni. A gdy coś się mija, łatwo to pominąć, szczególnie, że sprzyja temu wszystko: dobra droga z chodnikami po obu stronach, brak malowniczych krajobrazów, wiekowych świątyń i pałacowych ruin. Tak, Kołaczkowo łatwo pominąć.
Zwykle zabieram Państwa w podróż do jakiegoś miejsca. Dziś będzie inaczej. Zabiorę Was bowiem na wyprawę do wnętrza duszy społeczeństwa, do zbiorowej nieświadomości, jak mawiał Carl Gustav Jung, która odpowiedzialna jest za nasze najbardziej pierwotne przekonania i wierzenia. Należą do nich także te związane z letnią równonocą. Nie będę się rozwodził nad obrzędami nocy sobótkowej, bo są one doskonale znane, a że tytuł rubryki zobowiązuje, postaram się przybliżyć rzeczy w powszechnej świadomości niezadomowione.
Zwykle przedstawiam zabytki i historie zapomniane bądź niedoceniane. Dziś będzie inaczej. Bo choć do Miłosławia pojechałem z zamiarem wygrzebania jakichś ciekawostek, to po rozmowie z Elżbietą Gajewicz postanowiłem napisać o wydarzeniach, z których Miłosław słynie.
Swój cykl rozpocząłem opowieścią o Bardzie - wsi, która chciała być miastem, a śladem tych ambicji jest obecnie wyraźnie zaznaczony plac, ubity pod przyszły rynek. Dziś natomiast odwiedzę Targową Górkę - miejscowość, która była miastem, ale chyba pragnęła być wsią, bowiem po dawnym rynku z prawdziwego zdarzenia nie pozostał nawet ślad.
Stojąc na rynku w Pyzdrach trudno sobie wyobrazić, że oddycha się tym samym powietrzem, co książęta i królowie, rektorzy Akademii Krakowskiej i znani pisarze, że podpisywano tu międzynarodowe traktaty i przyjmowano lenne hołdy. Plac, drzewa, pomnik i nic więcej. Dopiero po dłuższej chwili zdaję sobie sprawę, czego mi w pyzdrskim krajobrazie brakuje. I rozpoczynam poszukiwania.
Na progu społeczeństwa obywatelskiego
Jadąc do podwrzesińskiego Opatówka nastawiałem się na ciężką próbę. Pomocne źródła internetowe i nieoceniona wieść gminna tym razem dały mi niewielką porcję informacji. I tylko intrygował mnie kościół, datowany na wiek XVIII, o cechach architektonicznych wskazujących na czasy o dwieście lat wcześniejsze. Ale gdy rozgrzewałem na plebanii zgrabiałe z zimna ręce, słuchając tamtejszego proboszcza wiedziałem, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, i będę miał o czym opowiadać moim czytelnikom.
Wojowie i gimnazjalista
W Grzybowie być może urodził się Mieszko I, nic zatem dziwnego, że pierwsza podróż mojego syna, Pierwszego Mieszka, to właśnie wyprawa do Grzybowa. Piszę wyprawa, bo dla kogoś, kto nie umiał jeszcze chodzić, 7 kilometrów to podróż przez duże P. I choć pewnie syn z owego kwietniowego popołudnia nic nie pamięta, dla jego ojca stała się to ulubiona podwrzesińska wieś, do której wraca regularnie, o różnych porach roku i z różnych okazji. Najczęściej późnym latem, gdy kopie kruszą słowiańscy wojowie, choć pięknie jest tu także wiosną i jesienią. A teraz po raz pierwszy wybrałem się do Grzybowa zimą.
Gdy odwróciłem zachwycone oczy od drewnianego kościoła, zobaczyłem wieś zwyczajną, senną, nieciekawą. Ale słuchając opowieści Władysława Majchrzaka, przed oczyma duszy mojej pokazał się świat nieznany, pulsujący życiem, codziennym szczęściem poprzecinanym ludzkimi tragediami, tym bardziej poruszającymi, że każda z nich miała swoją twarz, swoje imię i nazwisko, doskonale zachowane w pamięci stujednoletniego społecznika z Nowej Wsi Królewskiej.
Spacerując w piękne, październikowe przedpołudnie po Grabowie Królewskim nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie powinna wyglądać opiewana przez Mistrza Jana wieś spokojna, wieś wesoła – zadbane obejścia, wygrzewające się w słońcu koty, spacerujące beztrosko matki z dziećmi. I wszechobecne figury świętych – przy drodze, w ogródkach, parku, w niszach budynków, przed kościołem.
Ma swój Szlak Architektury Drewnianej Małopolska, mamy i my zabytki nie ustępujące urodą i wagą kulturową budowlom wokół Krakowa. W poprzednim miesiącu opisywałem zieleniecki kościół, chroniący prochy świątobliwego męża, a dziś zabiorę Państwa w podróż na krańce naszego powiatu, do Czeszewa, gdzie przedwieczne lasy dostarczyły materiału do budowy kościoła pw. św. Mikołaja. Kościoła niezwykłego, otoczonego chyba specjalną opieką świętych, który niezwykłe oglądał wydarzenia. Kto wie, czy za sprawą tajemniczych kręgów w zbożu nie jest teraz najbardziej znanym kościołem we wszechświecie.
W cieniu hołubionego przez dygnitarzy z poprzedniej epoki Bieganowa przycupnęła niewielka wioska Zieliniec. Położona pośród pól, z dala od głównych szlaków, na pozór niczym się nie wyróżnia spośród tysięcy innych polskich wsi: zaniedbany pałac po wygnanych właścicielach, zniszczony park - takie obrazki można znaleźć wszędzie. Ale pozory mylą...
W malowniczo położonym stawku przegląda się otoczony zielenią klasycystyczny kościół. To chluba Barda, liczącej niewiele ponad 200 mieszkańców podwrzesińskiej wsi, która nazwę swą bierze od słowiańskiego bardo oznaczającego pagórek. Już sama bryła świątyni jest niezwykła i niezwykłej patronuje miejscowości.















