Aktualności

2010-07-22

Portrety miast i ludzi

Od 24 września w auli wrzesińskiego liceum będzie można oglądać wystawę obrazów Anastazji Fietisowej. Organizatorem wystawy jest Starostwo Powiatowe we Wrześni, które zleciło wykonanie niektórych prac. Ta znana białoruska malarka od ponad dwóch lat związana jest z Wrześnią. Na zamówienie starostwa malowała już kilka obrazów (w tym wielkoformatową panoramę Wrześni), które zdobią ściany starostwa.
Anastazja Fietisowa specjalizuje się w panoramach miast i portretach. Jest córką portrecisty Iwana Fietisowa. W jej twórczości realizm i dbałość o szczegół przeplatają się z onirycznymi, baśniowymi motywami. Inspiruje ją historia, ale także codzienne, zwyczajne życie mieszkańców miast. Lubi łączyć ze sobą różne perspektywy czasowe i przestrzenne. Budynki na jej obrazach bywają ukazane z kilku punktów widzenia jednocześnie: z góry, z boku, od wewnątrz. Anastazja Fietisowa dokonuje także swoistej rekonstrukcji architektury – dawne, nie istniejące już budowle sąsiadują z tym, co współczesne. Dzięki tym zabiegom przestrzeń nabiera głębi, staje się warstwowa.
Anastazja na portretowanych ludzi patrzy z życzliwością. Ciepłym głosem, z melodyjnym akcentem opowiada o miastach i ludziach swojego życia.

Jak trafiła pani do Wrześni?
Zaczęło się od znajomości z Lucyną Lewandowską i Leszkiem Burzyńskim. Poznaliśmy się przez wspólnego znajomego – literata, Tomka Jankowskiego. Malowałam akurat panoramę Poznania. W międzyczasie robiłam wystawę ze Stowarzyszeniem Twórców i Sympatyków Kultury przy Komendzie Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, do którego należał Tomek. To on poznał mnie z Leszkiem. W tym samym stowarzyszeniu działała Lucyna Lewandowska, wrzesińska plastyczka. We Wrześni akurat rozpoczął się remont starostwa i była potrzebna panorama miasta. Lucyna i Leszek powiedzieli panu staroście, że jest taka malarka, która specjalizuje się w panoramach. Przyjechałam, porozmawiałam ze starostą i tak zaczęłam malować Wrześnię.

Co zauroczyło panią w naszym mieście?
Bardzo lubię zwiedzać nowe miasta, więc do Wrześni przyjechałam z ciekawości. Na początku opowiedziano mi historię dzieci wrzesińskich, pokazano rynek, na którym spalono kiedyś czarownice. Tak specjalnie nie byłam zauroczona miastem. To, co rzuciło mi się w oczy to starówka, wieża ciśnień, budynek starostwa, dworzec i wieżyczka przy nim. Spodobał mi się też park, te drzewa wzdłuż Wrześnicy sprawiały wrażenie, jakby ciągnął się przez całe miasto, łącząc się z drugim parkiem. Dopiero jak zaczęłam chodzić, oglądać, malować miasto, poznawać ludzi poczułam się tu komfortowo. Nie tylko w sensie warunków bytowych, ale co ważniejsze duchowo. Każde miejsce zauracza mnie przede wszystkim przez ludzi. Bez kontaktów z ludźmi nie mogłabym żyć. Może to dlatego, że jestem zodiakalnym bliźniakiem, a osoby urodzone pod tym znakiem są zawsze bardzo towarzyskie. Jak zamieszkałam w moim wrzesińskim pokoju, to najpierw zadzwoniłam do sąsiadki, żeby się przywitać. Otwarła mi starsza pani. Była tak urocza, że zaprzyjaźniłyśmy się. Teraz pomaga mi, zaprasza do siebie, udostępnia swoją biblioteczkę. Przyjeżdżam do Wrześni z przyjemnością, bo wiem, że czeka tu na mnie praca i znajomi ludzie.

Urodziła się pani w Brześciu. Jak życie na styku dwóch kultur wpłynęło na Pani twórczość? Mieszka pani w dwóch krajach. Który z nich jest obecnie pani bliższy?
Moje miejsce rodzinne to Brześć. Polską zainteresowałam się właściwie, gdy zaczęłam malować historie Brześcia. Dorastałam w czasach, kiedy wiele rzeczy było zabronionych, ale pomimo tego zawsze mieliśmy możliwość posłuchać radia po polsku albo pójść do sąsiadki i pooglądać polskie programy w telewizji. Miałam też przyjaciółkę Polkę. Brześć długo należał do Polski, to było widać na każdym kroku. Ludzie powtarzali tam taka frazę: „to było w czasach, jak jeszcze była Polska”. A potem zaczęłam być ciekawa historii mojego miasta. Nikt o tym nie mówił, to była tajemnica państwowa, związana z bliskością granicy, ale ja jestem dociekliwa. Zaczęłam odkrywać historię mojego Brześcia i okazało się, że jest ona ściśle związana z Polską. Musiałam dużo czytać o historii i kulturze polskiej.
Po ukończeniu studiów pracowałam w Brześciu. Pewnego razu pojechałam z grupą artystów na plener do Polski. Pierwsza miejscowość, w której się zatrzymaliśmy – Nidzica – po prostu mnie zachwyciła. Mieszkaliśmy w zamku. Było cudnie. Później były kolejne plenery. Dalej już sama jeździłam do znajomych. Najpierw trafiłam do Lublina, potem do Warszawy, Olsztyna, Poznania. Tak przemieszczam się między Polską a Białorusią, ale teraz więcej przebywam w Polsce.

Które polskie miasta pani malowała?
Lublin, Płock, Olsztyn, Gietrzwałd. Potem dłuższy czas malowałam Warmię i Mazury. W międzyczasie trafiłam do Poznania. A potem zatrzymałam się we Wrześni.

Kiedy zaczęła pani malować?
Moi rodzice byli malarzami i nie zawsze podobało mi się to, co musieli malować na potrzeby polityki. Było tam na przykład dużo portretów Lenina i Stalina. Wtedy nie chciałam być malarzem. Urodziłam się z marzeniem, że będę muzykiem. Bardzo chciałam grać na fortepianie. Po prostu wariowałam na punkcie muzyki. Później zaczęłam uczyć się grać na akordeonie, trochę nie odpowiadało to moim marzeniom, ale po szkole średniej poszłam kształcić się na dyrygenta chóru. Po ukończeniu szkoły muzycznego raptem zrozumiałam , że nie będę szczęśliwa, jeżeli nie nauczę się malować. Tak ułożyło się życie – skoro nie zostałam pianistką, jak marzyłam na początku, zwyciężyło malowanie. Pamiętam, jak kiedyś namalowałam węglem obrazy na ścianach w domu. Przyszedł ojciec, starł to wszystko i wtedy zaczął uczyć mnie malować. W końcu ukończyłam studia na Akademii Sztuk Pięknych w Mińsku.

Czy podczas malowania słucha pani muzyki?
Tak, jeżeli tylko mam możliwość. Przy muzyce lepiej mi się maluje. Uspokaja mnie muzyka średniowieczna. Słucham też Mozarta, Händla, Haydna. Poza tym lubię jazz i blues. Uwielbiam brzmienia saksofonu, fletu i organów.

A inne inspiracje? Może poezja?
Kiedyś nawet pisałam wiersze. Wiersz, muzyka, obraz to dla mnie harmonia.

W pani twórczości współistnieją dwa tematy – panoramy miast i portrety. Najpierw zapytam skąd u Pani zainteresowanie miastami?
Wydaje mi się, że to działanie siły wyższej. Kiedy byłam dziewczynką, zaczęłam budować dom dla lalki. Mała laleczka miała tam wszystko, co potrzebne do życia – wykleiłam dla niej pokoiki, zrobiłam łazienkę. Potem jak zaczęłam oglądać albumy z malarstwem najbardziej przyciągały mnie te obrazy, na których jest architektura. Studiowałam architekturę wnętrz. Pomogła mi też umiejętność czytania map.
Malowanie panoram rozpoczęło się u mnie od fascynacji historią mojego Brześcia. Kiedyś namalowałam Brześć mojego dzieciństwa. Kupił go burmistrz – później brzeskie muzeum zleciło mi malowanie panoramy średniowiecznego Brześcia. Tak się zaczęło.

Ma pani oryginalny sposób przedstawiania miast?
Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale na moich obrazach zawsze dużo się dzieje. Może nawet za dużo, bo ja chcę wiele powiedzieć. Czasem to odbywa się kosztem czystości obrazu.

Na pani obrazach często pojawiają się postaci aniołów…
Miasta nie mogą być puste. One mają swoje dusze jak ludzie. Nawet jak wszyscy śpią miasto żyje. Postaci same zaczęły się u mnie pojawiać. Moje obrazy ich potrzebowały. Potem anioły zaczęły grać na instrumentach, bo miasta nie są głuche – one mają swoje brzmienie. One nie są na każdym obrazie – zjawiają się tam gdzie chcą.

A portrety?
Portrety to podarunek mojego ojca. Uważam, że ojciec był genialnym portrecistą. Daleko mi do niego, bo był świetnym kolorystą, a ja bardziej uważam się za grafika niż za kolorystę. Od czego się zaczęło? W pewnym momencie zechciałam namalować moją przyjaciółkę, która była bardzo ładna. To był taki ruch, mgnienie, aby ją sportretować. Wzięłam akwarele i namalowałam ją.

Czy istnieją kryteria, na podstawie których wybiera pani swoich modeli?
Absolutnie nie ma kryteriów. Po pierwsze, lubię ludzi. Po drugie, dla malarza nie ma nieciekawych ludzi. Uważam, że każdy człowiek ma w sobie coś dobrego. Ja chcę wyciągnąć to dobro.

Czy ojciec był dla Pani mistrzem?
Nie zawsze. Pamiętam, że kiedyś namalował mój portret, a ja pomyślałam sobie: „Boże, jaka jestem straszna”. Teraz jestem dumna, że go mam. Dopiero podczas studiów zrozumiałam, że mój ojciec jest mistrzem portretu.

Kogo jeszcze uznaje pani za mistrza?
Za mistrza uznaję Jana Matejkę. Poza tym podoba mi się Wyspiański i malarze z tego okresu. To, co mnie zawsze napędzało, to ciekawość. Zawsze chciałam zrozumieć, dlaczego ludzie zachwycają się obrazem. Dużo czytałam, oglądałam albumy z malarstwem. Pamiętam bibliotekę mojego ojca – rząd pięknych książek. Dla dziecka ma duże znaczenie, w jakim otoczeniu dorasta.
Oprócz inspiracji zewnętrznych miałam zawsze w sobie taki motor, coś, co mnie popędzało do ruchu. Pewnego razu obudziłam się w nocy, usiadłam na łóżku i pomyślałam sobie, że przecież ja się po coś urodziłam. Muszę coś w życiu zrobić. To był taki dziwny moment. Wydawało mi się, że zamiast sufitu zobaczyłam niebo w gwiazdach. Od tego czasu mam takie wewnętrzne przekonanie, że nie można stać w jednym miejscu, trzeba zawsze być w ruchu, robić coś, próbować…

 

Rozmawiała Joanna Goździewicz

Biuletyn Informacji Publicznej

jak załatwić sprawę w urzędzie

Przegląd Powiatowy - Biuletyn Informacyjny Powiatu Wrzesińskiego

Powiat Wrzesiński - zobacz naszą prezentację

Nieruchomości i grunty na sprzedaż

Mapa powiatu

Ostrzeżenia, Komunikaty, Informacje

Dziennik budowy szpitala

Powiatowy Rzecznik Konsumentów

Oferty pracy on-line

Aby obejrzeć mapę powiatu, prosimy o zainstalowanie programu Adobe Flash Player. Pobierz najnowszą wersję odtwarzacza Flash.

Wybór mapy powiatu:

Mapa google System informacji przestrzennej